Kiedy już wdziałam na siebie kurtkę i wsiowe trepki, ujrzałam siedzące na ławce grubasy w czapkach (a dzisiaj były 22 stopnie!!!). Chłopok i dziołcha, wyglądający mniej-więcej tak:
No nie identycznie, ale podobnie ;-D
Boooże! Ty ty widzisz i nie grzmisz!!!
Ale gdy pomyślałam sobie o mojej klasie, piszącej teraz test całogodzinny z matmy, to się uspokoiłam i podniosłam na duchu.
Z tymi grubasami (jak się później okazało, mającymi na imię Kajetan i Marta) musiałam czekać aż 15 minut na panią! Oczywiście to czekanie nie odbyło się bez próby nawiązania kontaktu między starszą o dwa lata mną a nimi. Pytali się jak mam na imię, jaki jest mój ulubiony kolor, zwierzak, przedmiot i że to chyba/pewnie polski (lolololol...). Odpowiadałam im krótko i zwięźle; żadnego rozgadywania się, bo bym sobie obciach zrobiła.
Po piętnastu minutach przyszła nauczycielka i powiedziała, że jeśli nie będziemy biec na przystanek, to się spóźnimy. Ja, jako zapalony sportowiec, przyjęłam tę wiadomość bez żadnego ,,ale'', lecz te grubasy niezupełnie... Już po przebiegnięciu 30 metrów zaczęli zwalniać i zwalniać, aż w końcu ich bieg przemienił się w swawolne dreptanie. Pani się tak wkurzyła... ooo... No, ale na szczęście/nieszczęście (nie wiem...) autobus nam nie uciekł. Co z tego, że był przeładowany, prawie siedziałam jakiemuś studentowi na nodze, grubasy skakały ,,na kole'' łączącym przednią część autobusu z tylną, a pani (choć była bardzo spocona pod pachami, fu!) musiała trzymać ręce na barierce, która znajdowała się pod samym sufitem...
Po prawie dwugodzinnej jeździe, dotarliśmy na miejsce, czyli do jakieś obskurnej podstawówki, mieszczącej się nieopodal burdelu (wiem, bo widziałam wieeelki billboard, reklamujący go... Biedni uczniowie tej szkoły, co oni muszą dzień w dzień przeżywać!?...).
Kiedy się już ,,odznaczyliśmy'' na liście uczestników, urocza dziewczynka zaprowadziła nas do małej i tłocznej sali, w której się przebraliśmy. Po przebraniu się, poszliśmy usiąść i obejrzeć jakieś przedstawionko miłosne + piosenkę ,,Most dwojga serc'' (kocham Rubika) co miało nas zmotywować do jak najlepszego napisania. Rozkojarzona tym jakże ,,romantycznym'' występem, podreptałam do sali z numerkiem 37, by napisać test kwalifikacyjny do I. etapu. W cholerę trudny! Później okazało się, że ten konkurs to nie miał być ortograficzny, tylko... etymologiczno-frazeologiczny i ja źle zrozumiałam, więc się nie pouczyłam.
No, ale jakoś mi poszło. Byłam przekonana, że dostanę się do I. etapu, bo było bardzo mało uczestników, a mi poszło całkiem dobrze.
Ale niestety, NIE DOSTAŁAM SIĘ! A grubasy tak!!! ;_; Tak mi było głupio, Boże, Boże Bożenko...! A przecież poszło mi dobrze! Ech...
Przez następne 3 godziny, oglądałam jak Kajetan i Marta (co za ohydne imiona ;/) zmagają się z pytaniami, które dostawała do rozwiązania również publiczność, czyli ci, co się nie dostali. Szczerze, to nie rozwiązałam ani jednego zadania, bo... po pierwsze: nie chciało mi się, po drugie: wtedy nie wiedziałam jeszcze, że za najlepsze rozwiązania są prezenty i po trzecie: nie lubię pisać trzymając kartkę na kolanach.
O godzinie 14:30 dyrektorka wręczyła nagrody 10 zwycięzcom (wśród nich grubasom) i 5 najlepszym z publiczności. Ja dostałam tylko dyplom za udział. Phii, naprawdę tylko jego mi brakowało do szczęścia!
A tak w ogóle, to podczas 3-godzinnego siedzenia na twardych jak kamień ławkach, poznałam dziwną dziewczynę- Basię. Nawet fajna, ale dziiiwna. W następnym poście dodam jej portret pamięciowy xD.
Droga powrotna nie różniła się zbytnio od drogi do-konkursowej, lololol, z tym, że grubasy cały czas chwaliły się gadżetami, które dostały. W domu byłam o 17 -.-
Goooooood, ale się rozpisałam xd.
Do zobaczenia w następnym poście!
Reney
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz